|
niedziela, 29 stycznia 2012
Pierwsza
No to zaczynam odliczanie, pierwsza wysłana kartka dotarła do Niemiec. Szła tydzień, co uważam za niezły wynik, odległość w linii prostej 946 km. Pani mi serdecznie podziękowała za to wspaniałe własnoręcznie wykonane dzieło i odpowiedziała, że mój niemiecki jest dobry, z taką buźką na końcu :) co zapewne oznacza, że "Kali napisać nawet całkiem i rozumieć". Pochwała jak sądzę tylko z kurtuazji, bo zrobiłam wyklejankę na aby-aby z powodu braku gotowych pocztówek z preferowanych przez odbiorczynię tematów drastycznych, wampirycznych, czarnego humoru itp. Wycięłam czarnego wilka z pozostałością po Czerwonym Kapturku poniżej ogona. Jakbym sama coś takiego dostała, nie podobałoby mi się zupełnie, no ale moje preferencje nie są tak wysublimowane, więc nikt nie będzie musiał kombinować jak koń pod górę. Wpisałam w profil prośbę o nie przysyłanie hendmejdów. Teraz czekam na to, co dostanę, ktoś w tymże czasie wylosował mój adres, a nuż ktoś z Finlandii...
sobota, 28 stycznia 2012
Ciąg
Pocztówkowe wymiany pozostaną jednorazową zabawą, no chyba, że otrzymam za swoje pięć kartek także pięć i nie nie będzie wśród nich żadnego krajobrazu z Finlandii. Biorąc pod uwagę fakt, że dwie wysłałam na drugi koniec świata, w najlepszym przypadku odzew będzie po kilku miesiącach. Czyli szybko się wyleczyłam i dobrze, wybitnie w tym pomogło forum, na którym zostałam zjechana jak bura suka za fakt, że bardziej mi zależy na ładnym niezniszczonym obrazku niż "historii podróży" w postaci stempli i zagnieceń, a już zwłaszcza jak śmiem nie zachwycać się pisaniem po kartce, przecież to "kontakt międzyludzki" i "ktoś mi daje cząstkę siebie", dla mnie ma być szalenie ważne, że jakaś Mary albo Tatiana ma n lat, lubi czytać, ogladać filmy i słuchać muzyki (a ktoś napisałby, że nie lubi?) oraz życzy mi miłego dnia. Tjaaa, a ja wpisując gotowca, że oto przesyłam widok z mojego miasta i mam nadzieję, że się spodoba - daję komuś cząstkę siebie, na którą ów ktoś czeka z utęsknieniem. Już jest 'friend' a nawet 'love'. Tak więc niech polsko-kartkowe towarzystwo wzajemnej adoracji kisi się we własnym sosie uważając każdego, kto preferuje czystą kartkę w kopercie za świętokradcę, heretyka, skrajnego egoistę etc. etc., a sama myśl o możliwości puszczenia jej dalej budzi grozę jak straszna zbrodnia. Zdecydowanie nie moja kategoria wiekowa.
czwartek, 19 stycznia 2012
Dookoła pocztówki
Wszystko zostało już napisane? Jasne. Poza tym, że ludzie mnie zdumiewają coraz bardziej. Ci z internetu, bo z realnymi nie mam kontaktu żadnego od lat, więc w końcu nie wiem, czy to ja od tego sieciowego świata coraz bardziej się odkompatybilniam, czy może ten dziwny outernet zawłaszczył sobie i ten "mój" w miarę akceptowalny obszar. Naprawdę ktoś przypuszczał, że stara pocztówka, którą wystawiłam na WOŚP, może pochodzić z 1532 roku? Uważam siebie za ostatnią nogę z historii, nie jestem w stanie umiejscowić w czasie żadnego polskiego króla, ale dalibóg, ani by mi przez myśl nie przeszło, że w szesnastym wieku mogły istnieć drukowane kartki pocztowe z kwiatkami. A nawet jakby przeszło, najpierw wpisałabym w Google, aby mieć jakiekolwiek rozeznanie. Najwyraźniej moje podejście jest nienormalne, bo mi ręce opadły, nie pierwszy raz zresztą... Wysłałam więc pocztówkę, za którą łowca "antyków" zapłacił dwie dychy (a wylicytował za 1,25 zł i nawet tyle moim zdaniem nie była warta) sądząc pewnie, że trafił na białego kruka. Wysłałam do Warszawy - a jakże ;-) Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla ludzi stamtąd Rzeszów i w ogólności tzw. wschód to coś równie egzotycznego jak tubylcy z Afryki, gotowi do pozbycia się bogactw za sznurek paciorków, więc się daje dziesięć sznurków, żeby uczciwie kupić coś, o czym oni nie mają zielonego pojęcia. No cóż, od innego warszawiaka zaliczyłam też pytanie, czy u nas jest radio i telewizja, więc nie powinno mnie to dziwić, ale jednak dziwi. Bardziej niż przekonania obcokrajowców, że Polska i Syberia to to samo i białe niedźwiedzie chodzą po ulicach miast. No właśnie, z tego zdziwienia sama wyguglałam wiadomości o historii karty pocztowej, dowiedziałam się, że można uznać za jej narodziny rok 1870, a przy okazji natrafiłam na tę stronkę: http://www.postcrossing.com/ I się wkopałam. Zarejestrowałam się w serwisie, dostałam pięć losowych adresów, bo więcej nie można na początek (całe szczęście) i trzy pocztówki już poszły: do Indii, Holandii i USA, za parę dni wyślę do Rosji i Niemiec. Wkopałam się po uszy, trzeci dzień przeglądam profile i galerie, i zwowu się zdumiewam, tym razem pozytywnie - tyle różnych różności, świat jest wielki, pełen niesamowitych pomysłów i wszelakich rzeczy, o ktorych filozofom się nie śniło. Z wyłuskanych kartek z Polski nie znalazłam żadnej z Rzeszowa, z najbliższych miejscowości był Przeworsk i Jarosław, wiele z Lublina i Roztocza, choć oczywiście mogłam zobaczyć tylko maleńki wycinek, ale kto wie, może akurat jestem pierwsza, wszak mieszkam na "dzikim wschodzie" :-) Rozczaruję tych, którzy się spodziewali białych niedźwiedzi... Na pewno któregoś dnia stuknę się w głowę, bo przecież to kosztuje, ale na razie zassało mnie dokumentnie. Nawet w tym blogu wyraziłam chęć otrzymania pocztówki z Finlandii z tamtejszym krajobrazem - na pewno ją dostanę. Nie wiem kiedy, ale tego akurat jestem pewna na sto procent. I kupię aparat fotograficzny, aby się tym wszystkim pochwalić. A potem będę z głodu zdychać... Cholera, pieniądze, pieniądze, pieniądze - niech nikt nie chrzani, że szczęścia nie dają...
sobota, 31 grudnia 2011
No i ?
I nic. Rok się skończył, taki sam jak poprzednie tylko gorszy. W następnym też będzie tak samo, tylko bardziej... bo niby dlaczego miałoby być inaczej? W lutym 2015 będę mogła sprzedać mieszkanie, może wtedy dostanę ostatniego podrygu i spróbuję zawalczyć, a jak się nie uda, pozostanie sucha gałąź. Bo to nie jest kwestia jakiejś wiary w siebie, brania się w garść, pozytywnego myślenia i podobnych pierduł - po prostu brakuje mi siły fizycznej, nie do przeskoczenia żadnym optymizmem. Żaden problem mieć sto pomysłów na życie, ale wszystkie nie wymagające fizycznej harówy wymagają pieniędzy, cześć pieśni.
piątek, 23 grudnia 2011
War is over
... I jeszcze jeden z utworów świątecznych: A więc są Święta... Nie przeżywam ich jakoś szczególnie. Siedem lat temu w Wigilię był pogrzeb mamy, na cmentarzu nie byłam ponad rok. Ktoś się urodził dwa tysiące lat temu, ktoś umarł w 2004, oba zdarzenia tak jakby mnie nie dotyczą. Tak jakby... Jest cisza, jest krótki dzień, jest dobrze. Podrożało wszystko znowu, jest źle. I to co dobre szybko minie, a to co złe zostanie. Bo tak było, jest i będzie.
wtorek, 20 grudnia 2011
Jednak przyszło
Zwracam honor InPost-owi, gazecie.pl i kto tam jeszcze przyłożył się do akcji z kartką świąteczną i płytą za darmo. W końcu przyszło powiadomienie, że przesyłka czeka. Właśnie ją odebrałam - wszystko się zgadza. Cel marketingowy firma osiągnęła, zarejestrowałam w pamięci sposób obsługi paczkomatu, wcześniej obczaiwszy lokalizację kilku najbliższych. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Teraz tylko wyszperać w sieci zdjęcie tej płytki i pójdzie na aukcję. Zatrzymałabym ją sobie, gdyby te kolędy bardziej przypadły mi do gustu, ale jakieś mało radosne to wykonanie... tak, tak, darowanemu koniowi... Hmmm, na YouTube nie ma, w Googlach zdjęcia nie ma, na Allegro nie ma... Teraz żałuję, że nie zamówiłam więcej, byłby interes :-)
sobota, 17 grudnia 2011
Przyszło, nie przyszło
Dostałam kartkę świąteczną. Pierwszą i zapewne ostatnią. Od Grażyny. Bardzo ładna, otwierana, lakierowana, w kopercie... i ani słowa ponad gotowe nadrukowane życzenia, tylko podpis. Lepszy rydz niż nic? A może ja się nie znam na sawłar-wiwrach i wysyłając e-mailem obrazek własnoręcznie wyrysowany w programie graficznym popełniłam wielką gafę? Bo o szacunku świadczy fakt wydania pieniędzy (kartka, koperta, znaczek, równowartość markowej czekolady), a im większe pieniądze tym szacunek większy, a nie poświęcony czas na jakiś amatorski bohomaz i to wysłany darmowym kanałem? W dzisiejszych komercyjnych czasach zapewne tak to wygląda, ale zamierzam pozostać przy swojej wizji świątecznego hm, hm, nazwijmy to obowiązku...
środa, 14 grudnia 2011
Znowu grosze
Jak można się przeziębić nie wychodząc z domu? Spacer do Tesco zaliczyłam dwa tygodnie temu, a ostatnie wyjście po zakupy w piątek, na bazarze kupa luda, jakiś wirus pewnie się przyczepił. Bo zawsze musi jakaś duperela, choćby taka jak smarkanie, zepsuć pozytywy, gdy tylko się pojawią. Zaliczyła się do nich kasza po 4,50 zł i parę "promocji" serkowo-jogurtowych z powodu kończącego się terminu ważności, przy takiej temperaturze można brać w ciemno.
czwartek, 08 grudnia 2011
Grosze
Jednak zdradzę "Rozrywkę". Odpowiedź na ostatni list wyjątkowo szybka, ale znowu przyjęte tylko kilka zadań. Propozycje trafiły ponownie na pana Andrzeja Z., który najwyraźniej wycina jak leci, co akurat nie pasuje na zapchajdziurę, podczas gdy pan Arkadiusz D. bierze pod uwagę jakość, nawet zaliczyłam pochwałę "bardzo udana przesyłka" - a wszystkie pochodziły z tej samej sesji twórczej. No cóż, gotowy prezent dla konkurencji, w biznesie nie ma sentymentów.
piątek, 02 grudnia 2011
?
Rozpoczęły się aukcje WOŚP. Postanowiłam, że tym razem dam sobie spokój z dobroczynnością i... wystawiłam jedną symboliczną pocztówkę. Jest pierwsza oferta. Dziwne, bo licytant ma już komentarz ode mnie, nawet punktu mu nie zaliczą, więc po co? A ja co z tego będę mieć? Świadomość bycia ziarnkiem piasku na pustyni to żadna satysfakcja.
środa, 30 listopada 2011
Mam!
Kupiłam kaszę za 5 zł, słownie pięć, czyżby wracała normalność? oby, oby... Z honorarium przybyło na koncie 70 zł, chyba więcej zadań wydrukowali niż to jedno, które przyuważyłam, a może podnieśli stawki? oby, oby... I jeszcze udana spekulacja na prawach poboru Cersanitu - zakup po 5 groszy, sprzedaż po 6 - i proszę, zwróciły się buty, doładowanie komórki, miesiąc internetu i jeszcze zostało. Coś mi się wydaje, że siła wyższa, która ustawiła szklany sufit, o który się rozbijam ilekroć podskoczę, pilnuje także, abym i w dół za ostro nie poleciała. Pisane mi ślizganie się na krawędzi. Może by tak poeksperymentować jak daleko mogę się posunąć? Gdybym zakupiła np. aparat fotograficzny albo drukarkę, czy trafiłby się "cud", który by z powrotem finanse do tej krawędzi wyprostował? Hmmm... wolałabym odwrotną kolejność, a to jakoś nie wychodzi.
wtorek, 29 listopada 2011
No... Zdrada chwilowo odroczona, z przedostatniej przesyłki przyjęte wszystkie zadania, z wyjątkiem jednego, ale przeznaczonego właśnie na pożarcie, więc "zima wasza, wiosna nasza, a "Lato Muminków" ma 12 liter i też będzie wykorzystane. Następne projekty tworzą się coraz fikuśniejsze, przynajmniej tyle satysfakcji, że w czymś się sprawdzam.
niedziela, 27 listopada 2011
Rzemyczek
Jak nie ma o czym pisać, może o pogodzie? Rano było biało, pierwszy śnieg szybko się stopił. Koniec tematu.
piątek, 18 listopada 2011
Brawo!
Wczoraj kupiłam akcje KGHM, dziś, dzięki exposé premiera spadły o 14%. To się nazywa siła słowa. Prosimy o oklaski...
wtorek, 15 listopada 2011
Ciemno
Komentarz od "starego" czytelnika, miło. Trochę się dziwię, że całkiem dużo jest wejść, choć nie ma nic do poczytania. Nie bardzo tu pasuje odnośnik do do treści poetycko-historyczno-wyższych, albowiem moja świadomość określona bytem coraz bardziej oddala się od tzw. wartości. Zwłaszcza patriotycznych. Wywieszanie flagi czy to w "niepodległość", czy "konstytucję" uważam za durną szopkę. Założę się, że ponad połowa z tych wywieszaczy kombinuje na podatkach, nie płaci za psa, za telewizor, tu i tam zahandluje czy poremontuje coś na czarno - i nie widzi żadnego związku. Niech ich psi trącają... Dla mnie listopad to najlepsze dla osobistego samopoczucia okoliczności przyrody - ciemno, zimno i do łóżka niedaleko.
wtorek, 01 listopada 2011
Listopad
Można żyć bez komputera i bez internetu. Byle nie dłużej niż dwa dni. Miałam zrobić większe porządki i dałam sobie na to świąteczny weekend, albowiem na cmentarz iść mi się odechciało. W życie pozagrobowe nigdy nie wierzyłam, akceptowałam jakieś minimum tradycji, tym razem przeważyło podejście: eeee tam... Rozpoczęłam od wyrzucenia śmieci, aby zrobić w koszu miejsce na efekty owych prządków. Na tym zamiary się zakończyły, bo przyniosłam ze śmietnika pozostawione obok kontenera trzy grubaśne segregatory z "Encyklopedią zdrowia dziecka" i jak łatwo się domyślić na przyniesieniu się nie skończyło. Potrzebne mi to jak piąta noga, ale od czytania rzeczy mogących poszerzyć wiedzę na jakikolwiek temat jestem uzależniona bardziej niż od komputera. Wprawdzie jedno z drugim jest związane nierozerwalnie, bo często internet uświadamia mi, że nigdy nie zastanawiałam się nad czymś, co akurat takiego zastanowienia było warte. Na przykład mały szok przeżyłam, gdy na jakimś forum ktoś podzielił się odkryciem jak rośnie ananas. Ani mi przez myśl nie przeszło, żeby wyobrażać sobie jak wygląda cała roślina (wcale nie jest to palma), a wyguglane obrazki pokazały coś zupełnie innego niż możnaby przypuszczać. Podobnie nie zastanawiałam się, jak to jest z pierwszym oddechem dziecka przy narodzinach, gdzie wejdzie powietrze, skoro płuca są wypełnione płynem. Już wiem - ten płyn prawie całkowicie się wchłania podczas porodu, reszta jest wyciskana podczas przechodzenia przez wąski kanał. Natura po prostu jest genialna. Z encyklopedii zaliczyłam tylko pierwszą część, o ciąży, porodzie i noworodku, późniejsza zawartość jest niekompletna, to chyba był dodatek w jakiejś gazecie do kolekcjonowania. Jak widać komuś się w końcu znudziło, mnie też się znudzi, tylko co ja z tym potem zrobię, przecież nie wyniosę i nie położę pod kontenerem :-)
poniedziałek, 17 października 2011
Sprzedam, zamienię
Może by tak napisać coś? A co? Bo ja wiem... jakąś notkę? A może zasiać... zaorać? Nie ma o czym pisać, nic się nie dzieje. Wytransportowałam wiktuały na parapet, temperatura poniżej 10 stopni. Miesięcznie kilkadziesiąt złotych oszczędności na prądzie - zawsze to coś. Honoraria za krzyżówki - loteria. Szarpnęłam się i zakupiłam "Rozrywkę" dla wyczajenia aktualnych trendów, ale akurat moda na hasła wielowyrazowe i co popadnie w liczbie mnogiej, zupełnie mi nie odpowiada. Nie zejdę poniżej pewnego poziomu (np. słówko "iksy" - tfu!), więc trzeba będzie przeżyć odrzucanie większości propozycji. Gdyby to było opłacalne, mogłabym wydawać własne czasopismo, ale znając realia tego rynku wiem, że opłacalne nie będzie. Jak zresztą wszystko, co chciałoby się robić bez różnych kombinacji, coś o tym wiem, ale nie będę kontynuować tematu. A może ktoś chciałby nawiązać współpracę? Nie ma sprawy - wirówkę taką jak ta: link wymienię na kilogram kaszy gryczanej.
wtorek, 11 października 2011
Po ciszy
Wyniki takie, jakie były do przewidzenia, nic zaskakującego. Nie dołożyłam swojego głosu, co nie miało żadnego znaczenia, i tak wyszło zgodnie z zamierzeniem. Jakby nie wyszło też specjalne by mnie to nie wzruszyło, bo jak napisałam, od dawna już jestem poza marginesem. Oferta pracy, do której spełniam wszystkie oficjalne wymagania, wysyłałam dwa razy aplikacje, rozmawiałam z przedstawicielem firmy na targach pracy, wszystko ładnie-pięknie - zamieszcza wciąż to samo ogłoszenie od półtora roku. Jak to nazwać? Absurd? Nie, po prostu chodzi o wymagania nieoficjalne - chcą młodych chłopaków - jakby ktoś bredził o jakimś równouprawnieniu, lepiej niech się w czółko popuka. I nie zmienią tego żadne wybory. Nie to nie. Żyje się dalej. Spółdzielnia włączyła ogrzewanie. Pierwszy raz w tym sezonie wyszłam z domu w czapce i rękawiczkach. Łyknęłam ostatnią polopirynę. Kupiłam znicze.
piątek, 07 października 2011
Przed ciszą
To oczywiste, że Palikot dostanie się do sejmu i jego ugrupowanie zdobędzie na tyle dużą reprezentację, że władza będzie musiała się z nią liczyć. Już w wyborach prezydenckich, gdy Napieralski dostał sporą ilość głosów, widać było jak na dłoni, że ludzie rozpaczliwie szukają kogoś/czegoś spoza układu. Palikot "z jajami" wstrzelił się w lukę, której SLD nie wykorzystało właśnie z braku jaj, w szczególności jaj antyklerykalnych. Dobrze, że w końcu pojawił się ktoś, kto nie boi się mówić głośno o państwie świeckim i traktowaniu kościoła jak firmy, która ma podlegać prawu, a nie na odwrót. Na tym zbuduje swój sukces wyborczy. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, aby zagłosować na jego ruch. Ponieważ dla mnie osobiście nic się nie zmieni, choćby nawet wygrali kosmici pozostanę poza nawiasem, mój głos miałby tylko i wyłącznie znaczenie ziarenka powiększającego ferment - żeby się układ zdziwił, ba, może nawet zaczął zastanawiać o co tym wyborcom chodzi, czego w ogóle chcą?
poniedziałek, 03 października 2011
Pytajnik
Domowy Trójkąt Bermudzki oddał mi pilnik do paznokci. Naprawdę nie znalazłam żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego fenomenu, spadł mi pod nogi, gdy zdejmowałam ręcznik w łazience. Nigdy go tam nie zanosiłam, a ręczniki przez cały czas pilnikowego niebytu przewieszałam i wymieniałam wielokrotnie, nie miał najmniejszych szans gdziekolwiek się zaczepić. Na próby zrozumienia jak to mogło być straciłam cały dzień i klops, zagadka pozostała niewyjaśniona. Na pilniku nie ma żadnych śladów kilkumiesięcznego przebywania w alternatywnym wszechświecie, ale kto wie, może nabrał przez to jakichś magicznych właściwości? No to teraz czekam, aż odnajdzie się naklejka i płyta z Windowsem, choć porównując wielkość i wagę przedmiotów, podejrzewam, że w tym przypadku będzie trudniej o teleportację z innej czasoprzestrzeni.
piątek, 30 września 2011
Literatura faktu
Znalazłam sobie nowe hobby, o ile można tak to nazwać, bo trafiłam na stronę-blog o wekslach http://www.remitent.pl i czytam z wybitnym zainteresowaniem. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda, a przy okazji dobrze coś więcej wiedzieć w temacie, gdy w co drugiej krzyżówce powtarzają się słowa trata, trasat i trasant. Podstawowe zasady przyswoiłam i stwierdzam, że wynalazek mający kilkaset lat jest jak najbardziej użyteczny w dzisiejszych czasach. Będę używać, gdy założę własną mafię... pardon... firmę. Naprawdę fajna rzecz taki weksel, wystarczy podpis na kartce i liczy się jako pieniądz. Wprawdzie osobną kwestią będzie skłonienie dłużnika do zamiany papieru na przyrzeczony pieniądz, ale akurat w tym przypadku ewentualna sprawa sądowa i windykacja będą najprostsze formalnie. Dobrze wiedzieć... Z rozmaitej wiedzy, której posiadam całe góry, nigdy nie odniosłam żadnej wymiernej korzyści...
czwartek, 22 września 2011
Gorący kubek
Giełda znowu zaprezentowała wodospad Niagara. No żeż... Nawet z tymi akcjami, które mi zostały i tak stratnymi, że dalszy spadek teoretycznie nie robił większej różnicy, jednak poczułam uderzenie obuchem przez łeb. Postąpiłam więc jak straceniec i zakupiłam kilka rzeczy zbytkownych plus truciznę. Do pierwszych zalicza się bateria do komórki (13zł), mulina (2,40zł, najwyższy czas skończyć wyszywankę z rybami przynoszącymi bogactwo), kilogram wafelków (7,90zł), krem Nivea (3,45zł), znaczki pocztowe i koperty (poszła nowa przesyłka do "Rozrywki"). A trucizna to zupka w torebce marki na K... (0,93zł) co już świadczy o zamąceniu umysłu, bo taka sama biedronkowa była po 0,43zł. Ale przecież raz się żyje... Pomidorowa z makaronem.
niedziela, 18 września 2011
W poszukiwaniu... cd.
Miałam zamiar napisać coś więcej o studiach, w szczególności o tym właśnie koledze (młody, piękny, zdolny, bogaty), z którym potrafiłam znaleźć wspólny język, zacytować jakiś ciekawszy dialog, np. o braku powołania do pracy nauczycielskiej. Mieliśmy praktyki w jednym liceum, pracę magisterską pisaliśmy u tego samego profesora, na końcowy egzamin weszliśmy we dwójkę, nasze dyplomy mają sąsiednie numery. Ja zaliczyłam bezrobocie, on został asystentem na Politechnice. Nic nadzwyczajnego, on należał do wygranych, miał samochód, tuż po studiach własne nowe mieszkanie, wkrótce się ożenił. No i... Parę dni temu natrafiłam w sieci na nazwisko, resztę wypluły Google - ma niepełnosprawne dziecko. Porażenie mózgowe, chłopiec ośmioletni, nie mówi, nie siedzi, mało co widzi. Fundacja, numer konta, jak przekazać 1% podatku, zdjęcia, apel o wsparcie finansowe i tak dalej. Jak zwykle
Do wczorajszej notki (à propos kantu dupy) dochodzi jeszcze fakt, że znowu z kokosa.pl brak spłat. Tym razem dwóch, a co gorsza to dopiero pierwsze raty, jak na samym początku poślizg, szanse na wyjście z tego bez strat wyglądają mizernie. W najgorszym wypadku stówka pójdzie się paść. No pięknie, ..uźwa, pięknie... Z którejkolwiek strony patrzeć, nic się nigdzie nie opłaca, jakiekolwiek próby tylko pogarszają sytuację. Naprawdę jedyne co pozostaje to ograniczyć się do aktywności na poziomie minimum potrzeb życiowych, aby wybrać najlepszą z dostępnych opcji: a) obsuwanie się powolne, b) spadanie szybkie, c) katastrofa.
sobota, 17 września 2011
Cienizna
Dostałam odpowiedź z "Rozrywki". Z jednej strony dobrze, bo okazało się, że przyjęli trochę z zadań ponownie wysłanych po dwóch latach, czyli nikt sobie ich nie przywłaszczył, wtedy naprawdę się zgubiły. Z drugiej strony zaakceptowali tylko pięć na dwanaście, gdy jakość aż takiego odsiewu nie uzasadniała, normalnie przyjmowali mi ponad 75%. Wiadomo, trzeba było pokazać kto tu rządzi, z racji dłuższej przerwy znów chyba uchodzę za świeżynkę, podejście do "kotów" jest wszędzie takie samo, czy to szkoła, czy wojsko, czy redakcja... Nie da rady, dwie stówki miesięcznie były założeniem zbyt optymistycznym. Spróbuję jeszcze zapukać do Technopolu, wyglądają na jeszcze bardziej "antykotowatych", ale też o tyle nowocześniejszych, że może uda się przesyłać propozycje e-mailem. Inne wdawnictwa w ogóle nie wchodzą w rachubę, mam 100% pewności, że cokolwiek tam wyślę, zniknie w czarnej dziurze. W sumie wszystko jak zwykle o kant dupy rozbić. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Warto zajrzeć:
To mogę zrobić dla przyrody
|